Trudne początki czyli baby blues

Jeszcze długo przed zajściem w ciążę byłam prawie pewna, że gdy zostanę mamą, będę umiała ze wszystkim sobie poradzić i nic mnie nie zaskoczy. W końcu pracowałam z dziećmi, miałam spore doświadczenie, więc wiedziałam, że na pewno dam sobie radę. Jednak tego, co wydarzyło się po porodzie zupełnie nie przewidziałam.

Praktycznie całą ciążę zniosłam całkiem dobrze. Pomijam 7 tygodni, które mnie konkretnie sponiewierały, ponieważ z perspektywy czasu stwierdzam, że to niewiele w porównaniu z dziewczynami, które przez całą ciążę borykają się z mdłościami, wymiotami i innymi dolegliwościami. Z każdym tygodniem byłam coraz bardziej szczęśliwa i nie mogłam doczekać się, kiedy poznam tego małego smyka, który rozpychał się w moim brzuchu na wszystkie możliwe strony. Wydawało mi się, że jestem na wszystko bardzo dobrze przygotowana.

Nigdy nie zapomnę tego uczucia, gdy od razu po urodzeniu położono mi Adasia na brzuchu. To był najpiękniejszy moment mojego życia. Nic się wtedy nie liczyło. Cieszę się, że udało nam się załapać na poród rodzinny, ponieważ Adaś urodził się w czasie trwania pandemii i była obawa, że w każdej chwili szpital może te porody wstrzymać. Pamiętam, że mieliśmy całe trzy godziny tylko dla naszej trójki. Nikt nam wtedy nie przeszkadzał, mogliśmy zapomnieć o całym świecie i cieszyć się sobą. Jeszcze wtedy nie przypuszczałam, że mój nastrój może się tak diametralnie zmienić.

Jak wiecie odwiedzin w szpitalach już od dłuższego czasu nie ma. Byłam na to przygotowana i z jednej strony było to o tyle dobre, że po porodzie można było odpocząć i nie być skrępowaną, gdy koleżankę z sali odwiedzali bliscy. Jednak ja potrzebowałam wsparcia. Wsparcia laktacyjnego, którego nie otrzymałam w takim wymiarze w jakim powinnam. Gdybym rodziła w „normalnych” czasach, miałabym wsparcie mojej mamy i podejrzewam, że jej obecność w szpitalu zaoszczędziłaby mi sporo nerwów. Gdy po porodzie trafiłam na salę poporodową nikt nawet nie wspomniał o karmieniu piersią, nie pokazał jak przystawiać do niej dziecko. Wszędzie wisiały plakaty zachęcającego do karmienia naturalnego, jednak w rzeczywistości przy problemach najczęściej położne proponowały mleko modyfikowane. Właściwie wtedy jeszcze się tym nie przejmowałam, bo coś na ten temat wiedziałam, teorię miałam opanowaną do perfekcji, więc stwierdziłam, że dam radę bez pomocy.

Adaś niestety dostał żółtaczki. Niby nic takiego, ale pojawiły się problemy z karmieniem. Był ospały, nie chciał jeść, zaczął tracić na wadze, a żółtaczka zaczęła się pogłębiać. Nie załamywałam się, prosiłam położne o pomoc. Nawet one miały problem, żeby go wybudzić, a co dopiero ja, młoda, niedoświadczona w tym temacie matka, która musiała stawać na głowie i jednocześnie wybudzać i karmić, co było mega trudne. W końcu jedna z położnych zaproponowała, żeby dokarmiać Adasia mm. Szczerze mówiąc nie mam pojęcia w jakim celu miałam to robić skoro miałam pokarm. Potrzebowałam tylko pomocy w wybudzeniu go i przystawieniu, bo na początku miał problem z uchwyceniem brodawki. Pomoc położnych wyglądała tak, że przychodziły dosłownie na minutę, przystawiały mi Adasia do piersi i od razu znikały. On po chwili wypuszczał pierś z buzi i musiałam radzić sobie już sama. Rozumiałam, że mają one mnóstwo pracy, zwłaszcza w obecnych czasach, ale ja naprawdę nie wymagałam wiele. Jedna z nich miała do mnie zajrzeć na dłużej, żeby wszystko mi dokładnie pokazać i wytłumaczyć. Nie pojawiła się. Czas mijał, każda minuta działała na niekorzyść, bo Adaś musiał jeść. Później dowiedziałam się, że poszła po prostu do domu. Zapomniała o mnie. To był ten moment, kiedy wszystko się zmieniło. Ze szczęśliwej, młodej matki stałam się kłębkiem nerwów. To wydarzenie w pewnym stopniu przyczyniło się do mojego późniejszego samopoczucia. Jednak miałam jeszcze siłę, żeby walczyć. Postanowiłam odciągać swoje mleko i dawać je Adasiowi w butelce. Tak było mi łatwiej go wybudzać i karmić jednocześnie. Zawzięłam się i przez całą noc, co półtorej godziny dawałam mu jeść. Udało się, waga zaczęła rosnąć, poziom bilirubiny spadać i dzięki temu mogliśmy wyjść ze szpitala.

W domu miałam pomoc męża i rodziców. Mimo tego czułam się totalnie rozbita, przytłoczona, towarzyszyło mi poczucie ciągłego smutku. Miałam wrażenie, że wszystko robię źle. Źle przewijam, źle karmię, źle noszę. Do tego byłam cała spuchnięta, szybko się męczyłam, płakałam z byle powodu. Frustrujące było też to, że jako osoba doświadczona, która radziła sobie praktycznie w każdej sytuacji, stałam się zupełnie bezradna, bojąca się dosłownie o wszystko. Gdy Adaś płakał, płakałam razem z nim, a przecież płacz takiego malucha jest czymś normalnym i zrozumiałym. Byle drobiazg doprowadzał mnie do łez.

Miałam baby bluesa. Przed ciążą wiedziałam o nim co nieco, ale nie przypuszczałam, że może spotkać mnie. Prawda jest taka, że dotyka on znaczną część kobiet, bo aż 80%. I w tym momencie najważniejsze jest to, żeby mieć wsparcie bliskich. Ja miałam je przede wszystkim w mężu, który był oazą spokoju, wiele rzeczy mi tłumaczył, uspokajał, zapewniał, że to niebawem minie. Minęło po miesiącu. Wtedy zaczęłam się cieszyć z macierzyństwa, mimo zmęczenia, nocnych pobudek i ciągłego wiszenia na piersi 😉 Nawet nie przypuszczałam, że hormony potrafią zrobić w życiu kobiety taką rewolucję. Tym bardziej, że będąc w ciąży nie miałam żadnych wahań nastroju, nie byłam płaczliwa. Byłam taka jak zawsze.

Zdecydowałam się na ten post, żebyś wiedziała, że nie jesteś sama. To może spotkać każdą z nas. Nie bój się prosić o pomoc. Skorzystaj z porady certyfikowanego doradcy laktacyjnego, jeśli masz problemy z karmieniem piersią. Psychologa, jeśli czujesz, że rozmowa ze specjalistą może Ci pomóc. Z przyjaciółką, bo być może przeszła przez to samo co Ty. W tym początkowym okresie najważniejsze, żebyś miała obok kogoś, kto Cię wesprze, pomoże przy dziecku, przytuli, zapewni, że wszystko z Tobą w porządku i po tej burzy (hormonów) w końcu wyjdzie słońce 🙂