Cała prawda o… dzisiejszym wychowaniu

 

Ze względu na to, że od jakiegoś czasu przeglądam i czytam mnóstwo poradników, artykułów, blogów oraz komentarzy pod nimi, chciałam poruszyć ten temat. Z każdej strony jesteśmy bombardowani radami jak należy wychowywać dziecko. Przeważnie jest tak, że gdy zdarzy nam się popełnić jakiś błąd wychowawczy albo, gdy po prostu stosujemy starsze metody od tych dzisiejszych, to od razu przylega do nas łatka wyrodnego rodzica. Dlatego zdecydowałam się na ten wpis.

Dla mnie najważniejsze w wychowaniu jest kierowanie się swoją intuicją, która pod tym względem jeszcze nigdy mnie nie zawiodła.

Na dzieci nie wolno krzyczeć

Nie powinno się krzyczeć na dzieci, zresztą nikt nie lubi, gdy się na niego krzyczy, ale teoria sobie, życie sobie. Czytam mnóstwo komentarzy typu „Ja na swoje dziecko nie krzyczę i nigdy tego nie zrobię”, „Jak w ogóle można krzyczeć na własne dziecko?”. Można i uwierzcie mi, że wpędzanie kogoś w poczucie winy, że jest z tego powodu złym rodzicem jest nie w porządku. Jesteśmy tylko ludźmi. Dzieci są różne, sytuacje też. Znam rodziców, którzy mają anielską cierpliwości i  faktycznie na swoje dzieci nie krzyczeli, dopóki te nie skończyły 4 lat. Gdy dzieciaki dostają głupawki, a rodzice nie są w stanie spokojnym tłumaczeniem dzieci okiełznać, niestety muszą po prostu krzyknąć, bo tylko to jest w stanie doprowadzić je do porządku.

Przecież do osiemnastki się nauczy

Właściwie nie wtrącam się w to, jak inni wychowują swoje dzieci. Chyba, że ktoś prosi mnie o pomoc. Jednak coraz częściej spotykam się z takimi tekstami, które wyprowadzają mnie z równowagi.  „A twój syn ma dwa lata i już robi na nocnik? Pewnie go zmuszaliście. Ja stwierdziłam, że mój nauczy się wtedy kiedy będzie chciał. Przecież do osiemnastki nie będzie robić w pieluchy”. Skoro nauczył się robić na nocnik w wieku dwóch lat, nie znaczy, że ktoś go zmuszał. Mam wrażenie, że takie tłumaczenia są tylko po to, żeby usprawiedliwiać swoje lenistwo. Bo najlepiej nic nie robić. W ogóle nie wychowywać, nie tłumaczyć dziecku, bo wcześniej czy później samo się nauczy. Ale czy o to w tym chodzi? Nauka korzystania z nocnika nie musi być żadnym przymusem. Jest to kolejny etap w życiu dziecka. Nie mówimy o zmuszaniu, ale o rozmowy, tłumaczenie, pokazywanie, zachęcanie. Nie musi przecież w wieku dwóch lat załatwiać się na nocnik. Taka nauka trochę trwa. Ważne jest, żebyśmy dziecko w tym wspierali, pokazywali, po prostu UCZYLI.

Jakiś czas temu przeczytałam w internecie komentarz pewnej mamy, która wychodzi z założenia, że jej dziecko samo się nauczy korzystać z nocnika. Ba! Napisała jeszcze, że woli wyrzucić pieluchę do śmieci niż czyścić nocnik po kupie. To jest jej sprawa, ale dla mnie gorsza jest kupa trzylatka w pampersie niż w nocniku, naprawdę. Zresztą trzylatek może spokojnie załatwiać się już jak dorosły.

Zapewne większość osób zna cytat Janusza Korczaka „Dziecko chce być dobre. Jeśli nie umie – naucz. Jeśli nie wie – wytłumacz. Jeśli nie może – pomóż”. I tego każdy rodzic powinien się trzymać.

Spanie z dzieckiem

Mnóstwo osób śpi ze swoimi dziećmi w jednym łóżku. Teraz właściwie jest „moda” na spanie z dzieckiem. Nie widzę w tym nic złego, jednak jestem zdania, że dziecko ( zwłaszcza to starsze) powinno mieć swoje łóżeczko. Oczywiście mogą się zdarzyć wyjątki, jednak nie jestem zwolenniczką spania z dzieckiem. Często spotykam się z komentarzami, że skoro ktoś nie śpi ze swoim dzieckiem, to popełnia błąd, bo maluszek potrzebuje bliskości i czułości. Oczywiście, że potrzebuje. Jest to kwestia niepodważalna, jednak tą bliskość i czułość można okazywać w dzień i na wiele sposobów. A jeśli rodzice chcą się wyspać i mieć trochę intymności, to nie powinni ulegać temu co mówią inni, tylko robić to, co uważają za stosowane.

Tresujesz dziecko

Gdzieś przeczytałam, że gdy dziecku mówi się, żeby powiedziało komuś „dzień dobry” to jest to tresura. Większej bzdury nie słyszałam. Wszyscy moi podopieczni byli uczeni, że sąsiadom, paniom w sklepie, znajomym mówimy „dzień dobry”, ponieważ takie są zasady dobrego wychowania, że są trzy magiczne słowa: „proszę”, „dziękuję” i „przepraszam”. Było tłumaczenie dlaczego tak trzeba powiedzieć i w jakich sytuacjach. Jeśli ktoś uważa, że to tresura, to ja jestem innego zdania. Dla mnie to jest właśnie WYCHOWANIE.

SŁOWO „NIE”

O tym również czytałam w internecie. Autor uważa, że nadużywanie w stosunku do dziecka słowa „nie” jest niewłaściwe. Weźmy jednak pod uwagę, że to słowo towarzyszy nam przez całe życie i dzieci również powinny się z nim oswajać, bo będą się z nim bardzo często spotykać. Poza tym, nie wyobrażam sobie zastanawiać się czy przypadkiem nie przekroczyłam dziennego limitu wypowiadając to słowo. Za to kieruję się prostą zasadą. Nie mówię do dzieci „nie, bo nie”. Zawsze uzasadniam dlaczego czegoś zabraniam, na coś nie pozwalam lub czego nie chce, żeby robiły.

Wychowanie bez kar i nagród

Kiedyś interesowałam się tą metodą, żeby być na bieżąco. Jednak stwierdziłam, że nie ma to większego sensu i będę opierać się na swoim doświadczeniu i intuicji. Pierwsza sprawa jest taka, że kary i nagrody towarzyszą nam przez całe życie. Jednak słowo kara zastąpiłabym słowem konsekwencja. Nie widzę nic złego w karaniu i nagradzaniu dzieci, pod warunkiem, że robi się to mądrze i adekwatnie do zaistniałej sytuacji oraz, że się tego nie nadużywa. Przykład: Twoje dziecko rzuca zabawką. Upominasz je raz, drugi, trzeci. Mówisz, że jak będzie tak robiło, to ją w końcu popsuje. I za którymś razem faktycznie tak się dzieje. Co zrobić? Nie ma sensu krzyczeć ani wymyślać kary. W tym przypadku dziecko samo siebie ukarało. Wytłumacz mu, że każdy z nas ponosi konsekwencje swoich niewłaściwych zachowań.

W przedszkolu, do którego chodzi syn mojej koleżanki panują proste zasady. Dzieci wiedzą, że gdy przeszkadzają w zajęciach i nie reagują na upomnienia nauczycielek, to nie dostają naklejek. Przedszkole jest uwielbiane przez dzieci oraz rodziców i nigdy nie słyszałam, żeby ktoś na takie metody wychowawcze  się skarżył. Wręcz przeciwnie. Placówka ma mnóstwo pozytywnych opinii, a wychowawcy są naprawdę z powołania. Stosują system kar i nagród, jednak robią to mądrze.

Kary fizyczne

Jestem przeciwna karom fizycznym wobec dzieci, jednak mam dużo zrozumienia dla rodziców którym zdarzyło się uderzyć dziecko i którzy tego bardzo żałują ( oczywiście chodzi mi o rodziców, którzy nie uważają, że kary fizyczne to metoda wychowawcza). Pamiętam jak chodziłam na zajęcia edukacyjne z dziećmi i przychodziła tam również  mama ze swoją trzyletnią córką. Mała była bardzo nieposłuszna, biła dzieci, rzucała zabawkami i w ogóle nie reagowała na upomnienia swojej mamy. Któregoś dnia przyszła na zajęcia i powiedziała, że poprzedniego dnia jej córka doprowadziła ją do takiego stanu, że nie wytrzymała i dała jej klapsa. Zaczęła ją od razu przepraszać i przytulać. Obwiniała się, było jej z tym bardzo źle i wiedziała, że nie powinna była tak się zachować. Polała się fala krytyki „no jak pani mogła to zrobić?” ,”ja bym w życiu czegoś takiego nie zrobiła”. Jesteśmy tylko ludźmi. Bywają w naszym życiu różne sytuacje, mamy różne problemy, a dzieci mają różne charaktery. I to, że Ty masz spokojne dziecko, nie znaczy, że ktoś inny również takie ma. Widziałam rodziców, którzy płakali w poduszkę, bo już nie mieli siły, nie wytrzymywali, byli na skraju załamania nerwowego. Więc zanim ocenisz i potępisz, porozmawiaj i postaw się w sytuacji drugiej osoby. Ja z mamą tej dziewczynki rozmawiałam chyba jako jedyna, bo inne matki jakby mogły to zabiłyby ją wzrokiem. Powiedziałam jej, że to co się stało już się nieodstanie, ale następnym razem jak mała ją zdenerwuje, to najlepiej wyjść do drugiego pokoju i ochłonąć, żeby drugi raz takiego błędu nie popełnić.

 

Drodzy rodzice, pamiętajcie, że nikt z nas nie jest idealny. W internecie każdy chce taki być, jednak realne życie to weryfikuje. Jeśli zdarzy Wam się jakaś „wpadka wychowawcza” nie załamujcie się, tylko idźcie dalej. Bycie rodzicem, to ciężki kawałek chleba 😉